Ale tak z premedytacja...
A to wszystko dlatego, ze w przyszlym miesiacu mam urodziny.
No, ale ja moze zaczne od poczatku. Nagle zdalam sobie sprawe, ze juz nie mam na kogo zwalac winy za to, ze moje zycie jest jakie jest. A jest, jak wiemy, dosyc marne. Ja ciagle narzekam, ze dnie mijaja jeden za drugim, wlosow siwych mi przybywa ( a przybywa, przybywa) a w moim zyciu nic ciekawego sie nie dzieje. Dom, praca, dom. Kanapa, kubki herbaty, jakis wpis na Facebooku i tak uplywa mi moj czas na ziemi. Jak dzieci byly male to moglam bronic sie faktem, ze ja nie moge sobie pozwolic na to czy tamto bo nie moge dzieci samych zostawic a pieniadze szly na nowe kazaki i torby szkolne. Jak zylam w zwiazku to musialam sie liczyc z Magnusem. Ale teraz jestem sama, dzieci sa duze i nie ma co, zadna dobra wrozka tu sie nie zjawi i pomacha swoja czarodziejska rozdzka. Ja sama ponosze odpowiedzialnosc za moje zycie.
A ze zblizaja sie moje urodziny to postanowilam je spedzic w jakis szczegolny sposob. Wzielam dwa dni wolnego z pracy i zarezerwowalam sobie hotel w Sztokholmie. Urodziny spedze na wedrowkach på sztokholmskiej Starowce, na jedzeniu ciastek w jakiejs historycznej ciastkarni i jak mi sie uda, na piciu szampana w jacuzzi. A spac bede w hotelu-jachcie.
Czyste szalenstwo. Ale kto wie, czy ja w ogole dozyje 43 wiosny...